Łyżeczki do wszystkiego

W wypijaniu gorącej kawy nie ma miejsca na szukanie przyczyn. Ściskając w dłoniach kubek ożywczego płynu, zapominamy o tym, że niemądre gesty potrafią pomieścić całą historię życia w kilkusekundowym zdaniu. Ograniczając swój świat jedynie do najbliższej przestrzeni, skracamy potężne tyrady do postaci beznamiętnych westchnień- w ciągłość, która traci swoje znaczenie z każdym małym łykiem. Po kolei, dokładnie i niesłyszalnie… Większość ludzi uważa, że ostatni chorzy umarli ponad sto lat temu. Chciałbym w to naprawdę uwierzyć. Znudzony sennym majaczeniem mojej żony, Anamine, jestem zdolny ufać wszystkim słowom klientów naszej kawiarni. Bo wtedy, gdy promienie wschodzącego słońca zalewają całą pustą jeszcze salę, mam ochotę wstać z łóżka. Mam ochotę wstać, chowając stopy w ciepłe kapcie. Doktor Anawil powiedział, że wstawanie jest niewskazane… Dwadzieścia lat temu tak mówił- wtedy, kiedy istniał jeszcze ostatni szpital. Teraz cały czas powtarza, że już dawno powinniśmy nie żyć, że z chorobami nie należy walczyć, bo w końcu i tak zwyciężą. Podobnie właściciel kawiarni- jeszcze, jak Anamine i ja mogliśmy się poruszyć, byliśmy dużą atrakcją kawiarni, po pewnym czasie staliśmy się czymś w rodzaju zaniedbanego akwarium- obecnie właściciel wita nas pogardliwymi spojrzeniami.

Gdyby tylko mówił trochę głośniej… Zapewne usłyszałbym wtedy, że ludzie, którzy są nieodporni na choroby, są również bezwartościowi. Przypuszczam, że on po prostu chce wstawić kilka dodatkowych stolików. Najbardziej irytujący jest fakt, że nie istnieje miejsce, w którym moglibyśmy ukryć się przed smakiem, kolorem i wonią kawy- niebo straciło swoją przejrzystość, zlewając się z rozmokłą ziemią; gorycz przenika każdego człowieka, jednocześnie wywołując poczucie błogiego spokoju, a tlące się zgliszcza starych domów roznoszą zapach pobudzającej spalenizny. Także nocą… W rozświetlonej przez mleczne snopy światła nocy nie można znaleźć nic ze świata, w którym kiedyś żyliśmy. Kiedy na początku wynaleziono lekarstwo na śmierć, ludzie uznali, że nie potrzebują już żadnych zasad. Niektórzy zaczęli budować wieże sięgające chmur, inni zajęli się obalaniem powstałych wcześniej systemów. Ponieważ ludzkie ciało stało się kuloodporne, wojny straciły swój sens. W chwili, gdy atomowe błyski skurczyły się do postaci fotograficznego flesza, fale uderzeniowe zmieniły się w lekki wiatr, a odór padliny przestał wydobywać się ze zniszczonych ciał, wtedy już nikt nie potrzebował pomocy- wtedy ludzkość spostrzegła, że ratunku można wypatrywać jedynie w doskonaleniu własnych umiejętności. Jednak nikt nie przewidział, że potomkowie niezniszczalnych ludzi mogą potrzebować granic zawartych w starych opowieściach. Uznano, że każdy, kto nie posiada nieśmiertelności jest jednocześnie na tyle kruchy, że nie może opuszczać swojego mieszkania.

Znaleziono w końcu jakiś cel- była nim ochrona osób, które mogą umrzeć. Wielu jednak uznało, że może być to niebezpieczne dla całego świata- niezniszczalność była przecież bardziej rozsądna niż bezustanne zapętlanie krótkiego istnienia. Dlatego w końcu zabroniono chorym wychodzenia z łóżek. W pewnym momencie niebo było tak zanieczyszczone, że promienie słoneczne nie dochodziły do ziemi. Uznano, że słońce w zasadzie nie jest potrzebne człowiekowi. Wtedy ostatni śmiertelny poświęcił swoje życie, żeby oczyścić niebo. Owego człowieka uznano później za wielkiego bohatera, gdy społeczeństwo uświadomiło sobie, że światło potrzebne jest do uprawy narkotycznych roślin. To, co kiedyś interpretowano słowem ‘szczęście’, zmieniło się w szum sardonicznego śmiechu. Osoby pozostawione w łóżkach, pozostawione w ciepłych fotelach, pozostawione z książką w ręku przestały już wszystkich interesować.

Nikt nie przejmował się tym, że fila vitae tonie w lepkim odmęcie obojętności. W końcu brązowy pył ponownie zaczął zakrywać niebo. Uznając ulotność za coś niestosownego, odpowiedzieliśmy sobie na pytanie, co jest dla nas bezsensowne, kiczowate, zbyt gorące lub za zimne. Jednak niektóre rzeczy towarzyszą nam na każdym etapie rozwoju, w każdym roku, czy epoce. Kiedykolwiek, kiedyś, potem, zawsze, nigdy… Mamy taką swobodę, że codziennie patrząc przez okno, możemy wyczekiwać ratunku. Nawet wtedy, gdy jest zupełnie zbędny, nieporęczny w swojej nachalności… czy nawet najbardziej potrzebny- my zawsze potrafimy skupić się na rozgrzanej płomieniem monotonii filiżance.

Dodaj komentarz